Cudowne lata (1989 – 1995)

Cudowne lata (1989 – 1995)

czyli

gawęda starego pierdoły – część 1

Autor tekstu: Bart

Razu pewnego byłem dość zaskoczony, kiedy koleżance młodszej o dekadę zacząłem opowiadać o realiach przełomu lat 80. i 90. poprzedniego wieku, które przeżywałem jako początkujący nastolatek. Słuchała z szeroko otwartymi oczami i uwierzyć nie mogła! Gdzieś to miałem nawet spisane, lecz przepadło. Nic to – zebrałem się w sobie, poszperałem w zakamarkach dziurawej pamięci, a co tam znalazłem, to może was zainteresuje. Zaś dla części tych, co to bliżej trumny niż kołyski, może być to podróż sentymentalna w krainę młodości 😉

Ze wspomnianym przełomem dekad zbiegł się przełom polityczny, gdyż w Polsce ponoć „skończył się komunizm”. Mnie jednak, gołowąsa wkraczającego w wiek lat nastu, polityka nie interesowała kompletnie. Choć bez w wątpienia miała niebagatelny wpływ na moje życie.

Kłamstwa i gry video

Weźmy rurki z kremem z lodziarni pod blokiem. Jednego lata kosztowały dziesięć złotych, by następnego zdrożeć do okrągłego tysiaka. Jakże kwiczały tego roku zarzynane naprędce świnki – skarbonki! Zapełnione bezużytecznymi już niemal dwudziestozłotówkami z wizerunkiem Nowotki.

Ale jeśli się ma łeb na karku… W tych szczęśliwych czasach co roku jeździłem do rodziny nad morze, gdzie pasjami (tudzież na ile mi pozwalało skromne kieszonkowe) zamęczałem automaty w salonie gier. Jednego roku trzeba było do automatu wrzucić jedną monetę. Rok później już dwie. A w kolejne wakacje podchodziło się do kontuaru, by za 2 000 zł kupić dwie monety po 20 zł, niedostępne już niemal w obiegu (skoro pudełko zapałek kosztowało kilkaset złotych, to po co komu ten złom). Miałem jednak małoletniego kuzyna, który pieczołowicie gromadził fundusze właśnie głównie w takich nominałach. Miał bodajże ze sto takich dwudziestek (dla humanistów: daje to w sumie 2 000 zł), zatem wielkopańskim gestem odkupiłem je od niego za bodajże 5 000 zł. Równowartość pięciu monet – żetonów do salonu gier! Nie musiałem już wymieniać pieniędzy na złom. Do końca sezonu wszystkie rekordy na listach high scores były moje.

Siła pieniądza

Któregoś dnia tata – górnik w kopalni miedzi – zostawił wypłatę na półce. Patrzyliśmy z kolegą na tę kupę siana w trzech banknotach jak zaczarowani. 600 000 złotych! Ciekawe co mi teraz rodzice kupią? Samochód? Dziadek już mi pozwolił prowadzić Trabanta…

Rok wcześniej – być może. Teraz była to przeciętna pensja robotnicza. Rok później liczyliśmy przychody już w milionach. Żeby wam jednak uświadomić ironię tej scenki, przypomnę hasło z czasów denominacji, czyli dzielenia ilości złotówek przez 10 000. Zasłoń palcem zera cztery, będzie pieniądz nowej ery. Owa kupa kasy znaleziona przed dwóch smarkaczy na półce to równowartość dzisiejszych 60 zł. Oczywiście ich wartość nabywcza była dużo większa, ale nawet w momencie denominacji, kiedy ojciec zarabiał ponad 20 milionów, było to „na nasze” jakieś 2 tysiące.

Jak widać, wzrost zarobków to nie wszystko!

Atarowca wal z gumowca

Na dłuższą chwilę zostaniemy przy temacie bardzo mi bliskim.

Któregoś roku było tych zarobków jednak na tyle dużo, bym pod choinką ujrzał upragnione podłużne pudełko z cudeńkiem, które służy mi do dziś.

Do tej pory, zaopatrzony w książkę do BASICa i mając w bloku obok kolegę będącego już szczęśliwym posiadaczem wymarzonej maszyny, pisałem programy na kartce i przepisywałem je potem na komputerze kolegi, poprawiałem ewentualne błędy, a następnie nagrywałem na kasetę. To taki archaiczny nośnik danych, wyguglajcie sobie 😉 Teraz mogłem już kodować bezpośrednio!

W owych czasach o Internecie mogłeś słyszeć jeśli byłeś powiązany z armią USA lub studiowałeś na jakiejś renomowanej uczelni. Dwunastolatek z Głogowa miał na to małe szanse. Były co prawda (jak przez mgłę pamiętam) tzw. BBSy, dzięki którym można było się połączyć z innymi komodorkami (jeśli tylko udało się ukraść na chwilę kabel telefoniczny i przeżyć tę chwilę, gdy przychodził rachunek), ale to jednak nie był Internet, jakim go dziś znamy. Jednakowoż Polak potrafi – zrobiliśmy sobie erzac.

Ludzie listy piszą

Podówczas, w domu rodzinnym bytując, używałem jeszcze telewizora (to już chyba 25 lat, jak tego nie praktykuję). W nowszych modelach był dostęp do czegoś, co nazwano Telegazetą, a co było w zasadzie takim pitekantropem dzisiejszego netu. Strony były ponumerowane od 1 do bodajże 999, wybierało się je pilotem. Tata przeglądał tam wyniki z imprez sportowych, a ja siedziałem w dziale – a jakże – komputerowym. Z nabożnym szacunkiem przeglądałem „profile” możnych amigowców, spluwałem przez lewe ramię kiedy natknąłem się na właściciela wrażego Atari, a zarazem szukałem kogoś, z kim by można było pogadać o swojskiej Komodzie.

W Telegazecie można było podać swój adres, jeśli szukało się ludzi o podobnych zainteresowaniach. Nie, nie maila – adres ;] Wiecie, poczta, ulica, numer domu, list… No, ten budynek, do którego trzeba iść, kiedy w skrzynce zjawia się wezwanie do zapłaty. Wówczas poczta była głównym kanałem komunikacji.

Jako wtedy już posiadacz stacji dyskietek do komcia oraz autor pierwszej prostej gierki, która szczęśliwie przepadła w otchłani dziejów, napisałem do losowo wybranego człowieka znalezionego w Telegazecie – i tak się zaczęła moja mała przygoda ze Sceną.

Cóż to, owa Scena? Otóż ludzie, których aktywność związana z komputerem wychodziła poza granie, zrzeszali się w niewielkie grupy. Taka grupa miała swoją nazwę, każdy miał ściśle określoną rolę (koder, muzyk, grafik, swapper) i starała się pokazać wszystkim, że jest najlepsza w swojej dziedzinie.

Dziś to dość proste. Wrzucasz link do swojego dzieła na FB i czekasz na lajki. Wtedy tak różowo nie było. Wtedy musiał zadziałać swapper. Któż to taki? Można powiedzieć, że rzecznik prasowy grupy. Odpowiadał za komunikację z innymi grupami i za to, by o grupie było głośno na Scenie. Polegało to mniej więcej na tym, że kiedy koder, grafik i muzyk skończyli kolejne demo (programik mający na celu pokazać umiejętności twórców), swapper nagrywał ją na dyskietki i rozsyłał do Wszystkich Świętych pocztą.

Były też specjalne imprezy zwane Copy Party, na których właśnie na potęgę się kopiowało produkcje innych grup, nawiązywało kontakty, promowało własne osiągnięcia, brało udział w konkursach… A na deklach w toaletach przeważnie widniało charakterystyczne pecetowskie logo z napisem Intel Inside 😉

Pisałem o erzacu Internetu. Tak, jak środowiska działające w „realu” miały swoje ziny, tak i społeczność scenowa miała podobne periodyki, tylko że wydawane na dyskietkach. Obowiązywała zasada wzajemności: ja ci coś wysyłam, ty mi coś wysyłasz. Żadnych praw autorskich, żadnych spin o cokolwiek. Dziś ja tobie, jutro ty mnie. Mokry sen akapów.

Czytając zina mogłem spędzić całe godziny przed kompem. Była to aplikacja pełna rozmaitych tekstów na różne tematy, wzbogacona o niezobowiązującą muzykę, miła graficznie – cudo po prostu. Oczywiście poziom zinów był różny, ale te, które miałem przyjemność czytać, wspominam bardzo dobrze.

Znaczek zhakowany

Dwunastolatek z rodziny robotniczej kasą nie śmierdzi. A tu, będąc swapperem (na kodera byłem jednak za słaby), trzeba było wysłać kilkanaście listów tygodniowo. Jednak i z tym społeczność sobie poradziła.

Po otwarciu otrzymanej przesyłki zawsze szukało się słów: znaczek zhakowany. Oznaczało to, że poślinionym palcem można było zmazać ze znaczka pieczątkę, odkleić go pod parą z czajnika, zhakować ponownie i użyć w ramach swoistego recyklingu.

Były kiedyś w sprzedaży kleje w takiej wysokiej tubie, z gąbeczką u wylotu. Wystarczyło tym posmarować znaczek, by stał się pieczątkoodporny. Takim sposobem znaczek można było wykorzystać kilka razy. Tu również działała zasada wzajemności – dziś ja dostaję zhakowany znaczek, jutro wysyłam taki sam do kogoś innego. Piękne czasy… 😉

Nie tylko BASIC

Przygoda z Komodorkiem nie zaczęła się od kodowania, ani też na nim się nie zakończyła. Młodego człowieka skusiły przede wszystkim gry. Dopiero dziś jestem w stanie docenić w pełni kunszt twórców, którzy na 39 kilobajtach (!) potrafili zmieścić takie cudeńka, jak Iron Lord, Last Ninja, czy mój ukochany Laser Squad. Zresztą godzinami można by wymieniać… Gra mogła mieć mizerną grafikę, słabą muzykę (choć Komcia akurat tu była dość mocna w porównaniu choćby do Atari), ale miała grywalność. Coś nieokreślonego, co sprawia, że człowiek kładzie się spać nad ranem. No i joystick! Nie jakiś tam żałosny pad, nie klawiatura – joystick. Niesłusznie powędrował na śmietnik historii, a przecież jest o niebo lepszy od wszelkich innych giercowych ustrójstw.

Przy okazji: jeśli ktoś kojarzy nazwę Giana Sisters i genialną ścieżkę dźwiękową tej gry, to polecam to w wersji rockowej 🙂 Panowie oprócz tradycyjnych instrumentów wykorzystują też nieśmiertelny układ dźwiękowy SID z Komodorka! Inny smaczek to ten koleżka (tu zdwojony), który robi cuda z dawnymi kawałkami z C-64. A temat przewodni z Supremacy to cudo samo w sobie.

Ale dość, bo w tym temacie mogę się utopić i nie zauważyć 🙂 W drugiej odsłonie tego wpisu wrócimy do normalnego życia (o ile tak można mówić o tamtych czasach). Opowiem o malowanych żarówkach, o tym, co się jadło na przerwach w podstawówce, o wczesnych planszówkach (i jak się je zdobywało), autostopie, rozmaitych krzykach mody, muzyce – i nie tylko. Do zobaczenia!

Comments

comments

Autor wpisu: Bart

Naczelny czasu traciciel